Reklama

WYWIAD: Inicjacja Kossakowskiego

Opublikowano:
Autor:

WYWIAD: Inicjacja Kossakowskiego - Zdjęcie główne
Udostępnij na:
Facebook

Przeczytaj również:

Wiadomości

O szamanie w dresie adidasa, pierwszym pocałunku, seksie i joincie – Przemysław Kossakowski – autor takich cykli telewizyjnych jak „Inicjacje” - opowiada w rozmowie z Tomaszem Słaboszewskim.

Doświadczyłeś bólu porodowego i przeżyłeś własny pogrzeb. Które z tych wrażeń było bardziej wstrząsające?

Poród był bardziej bolesny. To był szalony eksperyment zrobiony z ciekawości. Za to pochówek w Rosji był traumatyczny. To było mroczne doświadczenie. Sam wykopałem sobie dół głęboki na pół metra. A potem dałem się w nim przysypać ziemią i oddychałem przez rurkę dołączoną do maski przeciwgazowej na mojej twarzy. A jak się ma na sobie półmetrową warstwę ziemi, to każdy oddech jest niewyobrażalnym wysiłkiem. W takim położeniu człowiek zupełnie traci rachubę czasu. Zero możliwości ruchu, nawet palcami nie można drgnąć, więc jak w jakimś filmie widzisz, że ktoś się wykopuje z własnego grobu, to jest to kompletna bzdura.

O czym myśli człowiek, jak leży w grobie?

Wkrada się do głowy myśl, że wszystko, co dotąd wydawało się stałe, jest ulotne. Człowiek zaczyna sobie namacalnie zdawać sprawę ze swojej kruchości i tymczasowości. Z wizyty w grobie wyniosłem naukę, że muszę zacząć przeżywać swoje życie tak, żeby nie przemykało mi między palcami. Nie chodzi tylko o to, żeby spełniać samego siebie, ale też pamiętać o bliskich i mieć świadomość, że czas, który nam w życiu uciekł, już nie wróci. Gdy odeszła moja babcia trafiło mnie w ciemię, że nie mam w żaden sposób spisanej jej historii. A byłoby co opowiadać, była sybiraczką. I nagle okazało się, że tego nie odzyskam. Wracają też jakieś niezałatwione sprawy z przeszłości ulokowane głęboko z tyłu głowy. I zdajesz sobie sprawę, że jesteś na tym świecie tylko chwilę. To przeraża i motywuje.

Bałeś się, że ludzie, którzy mieli cię wykopać, zostawią cię pod ziemią?

Bałem się, że ekipa na powierzchni, zostawi mnie tak przykrytego ziemią i pojedzie w cholerę. Byłem pewien, że dokonam żywota w dziurze, którą w dodatku sam sobie wykopałem. Ta myśl była niedorzeczna, ale jak człowiek jest zupełnie ubezwłasnowolniony i leży pod ziemią, to podświadomość podsuwa różne, najdziksze wizje. Nie byłem w stanie ocenić, czy jestem przysypany ziemią od 10 minut, dwóch godzin, a może leżę tam już dobę. Było to niebezpieczne, co dotarło do mnie – jak już mnie wykopali.

Gdy podłączyłeś się pod aparaturę stymulującą prądem mięśnie i powodującą skurcze podobne do bólu porodowego, wywołałeś prawdziwą lawinę komentarzy i sygnałów od pań, że wkroczyłeś w nieznane dla facetów rejony.

Kobiety z różnych stron pisały do mnie: „Gdzie mogę swojego ,,starego” pod taką aparaturę podpiąć?”. Dziękowały, że zrobiłem coś, czego faceci nigdy nie poczują na własnej skórze. Ale z tego eksperymentu wyciągnąłem smutne wnioski. Kobiety opowiadały mi, że kiedy mówiły swoim partnerom i mężom, jak bolesnym doświadczeniem jest poród, to napotykały co najmniej na lekceważenie. Były odzywki w stylu „Halinka, histeryzujesz” albo machnięcie ręką. Dopiero jak facet dostał w dupę na porodówce, to do mężczyzn zaczęło docierać, że może faktycznie jest to coś bolesnego.

Poczułeś się obrońcą i bohaterem pięknej płci?

W naszym społeczeństwie nadal funkcjonuje coś takiego, że kobiet nie traktuje się do końca poważnie. Cieszę się, że mogłem w jakiś sposób wyważyć te drzwi. Ale uważam, że są one cały czas otwarte i każdy może przez nie przejść, jeśli ma w sobie choćby odrobinę współczucia i potrafi słuchać.

Poleciłbyś taki eksperyment mężczyznom?

Urządzenie, do którego byłem podpięty, jest używane do stymulowania mięśni w rekonwalescencji. Oczywiście nie używa się go wtedy na maxa, bo pacjent by się przekręcił (śmiech). Każdy facet może znaleźć taką maszynę. I polecam, i odradzam. Boli jak cholera, ale przynajmniej wiemy, co przeżywają nasze partnerki, gdy wydają na świat potomstwo.

Do każdego tematu podchodzisz śmiertelnie poważnie, jak do wrażeń z porodu i pochówku?

Napędza mnie ciekawość. Ale chcąc być uczciwym, trzeba powiedzieć, że większość moich eksperymentów to jest ślizganie się po temacie. Ludzie mówią, że oto ja, Przemek Kossakowski, przeżyłem poród. Gówno przeżyłem, a nie poród! Nie mam pojęcia jak boli rozwarcie, nie mam pojęcia jakie to uczucie, gdy odchodzą wody. Nie wiem, jak się czuje kobieta, która rodzi kilkanaście godzin albo dobę. Przeżyłem wycinek impulsu bólowego związanego ze skurczami mięśni. Więc mówić, że ,,rodziłem” to nadużycie.

Jesteś człowiekiem wierzącym?

Nie. Ale to bardzo ważne pytanie, którego nikt mi nigdy nie zadał. Mogę się odnieść?

Zamieniam się w słuch.

Nie jestem człowiekiem wierzącym. Ale kiedy zaczynałem pracę nad „Szóstym zmysłem”, byłem twardym ateistą i racjonalistą. Uważałem, że istnieje tylko to, co możemy dotknąć, zmierzyć i zważyć. A przez ten projekt i wszystko, co się tam stało, zmieniłem się w agnostyka, czyli nie jestem wierzący, tylko wątpiący. Absolutnie nie wierzę w duchy, ale doświadczenia na planie „Szóstego zmysłu” sprawiły, że gdyby się okazało, że duchy istnieją, to kompletnie mnie to nie zdziwi. Kiedyś byłem typowym aroganckim Europejczykiem, który ma przekonanie, że wszystko wie. Po trzech latach kręcenia „Szóstego zmysłu” wracam do fundamentalnego stwierdzenia ze starożytnej Grecji „Wiem, że nic nie wiem”. Mam po tym programie więcej pytań niż odpowiedzi. I to jest fascynujące intelektualnie. Uważanie, że coś, czego nie można zmierzyć, zważyć i dotknąć, nie istnieje, uważam za bezmyślny racjonalizm. Sam tak kiedyś sądziłem, ale teraz uważam, że rzeczy związane z duchowością nie są tak proste, jak nam się wydaje. Może tu chodzi o rodzaj energii, której nasze źle wyskalowane urządzenia nie są w stanie rejestrować. Może nasza technologia jest zbyt ułomna.

Jesteśmy – my, ludzie, sami we wszechświecie, czy są inne formy inteligencji?

Życie pozaziemskie istnieje. Wszechświat jest tak nieprawdopodobnie duży, że trudno sobie wyobrazić, że jesteśmy sami. Może po prostu kosmici mają nas za półgłówków i dlatego się z nami nie kontaktują.

A może my nie widzimy kosmitów, bo wyobrażamy sobie ich jako dwunogie twory z wielkimi głowami i skośnymi oczami.

Brawo! Stanisław Lem pisał, że możliwe jest kontakt z innymi cywilizacjami, którego nie zauważymy gdyż jesteśmy od nich tak dramatycznie różni. Wyobrażenie kosmitów jako twory humanoidalne może być dalekie od prawdy. My mamy swoje zmysły. Oni mogą być wyższą formą istnienia spełniającą wszystkie kryteria ducha. Może są dla nas niewidzialni, mogą się dematerializować i materializować w zupełnie innym miejscu i czasie. Byłoby typowo ludzkim egocentryzmem uważać, że jesteśmy we wszechświecie sami.

Masz za sobą wizyty u znachorów, uzdrowicieli, szamanów, szeptunek. Chciałeś się upewnić, że zaświaty istnieją, czy totalnie zaprzeczyć ich istnieniu?

Nie miałem takich ambicji. Tematyka okultyzmu, medycyny alternatywnej oraz magii ludowej przenikały się nawzajem, o czym zdałem sobie sprawę na Ukrainie. Brałem udział w dwóch seansach spirytystycznych i czułem się tam nie na miejscu. Byłem lekko zażenowany. No bo zakładając, że duchy istnieją, to duchowość jest czymś perfekcyjnym, pierwiastkiem doskonałości w człowieku. A jeśli tak, to nie wierzę, że duchom się chce bawić w kontakt z ludźmi przy okrągłym stoliku. (śmiech)

Co niezrozumiałego i niewytłumaczalnego przeżyłeś podczas wizyt u szamanów i różnej maści ludzi o zdolnościach paranormalnych?

Pierwsza taka sytuacja zdarzyła się w Kijowie i ma związek z ,, bitwą extra sensów”

Przepraszam, z czym?

Rosja i Ukraina mają program telewizyjny „Bitwa Extrasense'ów”, czyli pojedynki ludzi o zdolnościach paranormalnych w konwencji talent show.

To musi być świetne!

Stary, oni dostają tam co odcinek „zadaniówki”. Odgadywanie jaką kartę trzymasz w kieszeni płaszcza to najmniejszy pikuś. Co tydzień jeden z uczestników odpada, a cieszy się to taką popularnością, że natrzaskali tego już chyba z osiem sezonów. Niesamowite! A znasz to uczucie, gdy wydaje ci się, że pewien fragment rzeczywistości się odkształcił, ale jest tak mały, że mówisz sobie „kurwa, coś jest nie tak, ale jeszcze nie wiem co”?

Znam. Przemek, odpłynęliśmy od pytania. Do brzegu...

A więc spotkałem się z kobietą, półkrwi Azjatką, która wygrała jedną z edycji programu „Extrasense”. Ta babka nie chciała pokazać nic spektakularnego przed kamerą, ale zgodziła się udzielić wywiadu. Była nudna, gadała ciągle o tym reality show. Ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że wokół sylwetki mojej rozmówczyni jest srebrzysta poświata. Coś jakby płynna rtęć - mniej więcej na szerokość dwóch palców. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Odezwała się racjonalna część mojego umysłu i dyskretnie zacząłem sprawdzać, czy to przypadkiem nie jest złudzenie spowodowane oświetleniem. Nic z tych rzeczy. A ona w pewnym momencie przerwała gadanie, widząc bałagan w moich oczach i zapytała O co chodzi?!

I co jej odpowiedziałeś?

Że nie wiem, jak to powiedzieć, ale chyba widzę wokół niej taką świetlistą obwódkę. A ona do mnie: „A jakiego koloru?” No to jej odpowiadam, że srebrna… I może troszkę fioletowa.

Może zauważyła, że wydaje ci się nudna i użyła swojej mocy, żebyś zaczął słuchać.

(Śmiech) Odparła niewzruszona „Ahaaaa. Proszę się nie przejmować. To moja aura”. I plecie mi dalej o tym reality, a ja nie mogę pozbierać szczęki z podłogi, bo właśnie byłem świadkiem niesamowitego odkrycia! Pierwszy i ostatni raz w życiu widziałem wokół człowieka jego aurę.

A ta druga niewytłumaczalna sytuacja?

To było w Buriacji, gdzie spotkałem szamanów. W tamtych rejonach jest to religia instytucjonalna porównywalna do naszego kościoła. Jest to działalność komercyjna i płaci się za usługi szamańskie. Więc w Buriacji stwierdziliśmy, że zapłacimy za najbardziej wypasiony pakiet usług szamańskich, full opcja – przywołanie duchów. I wynajęliśmy w tym celu trzech szamanów.

Księgowa z TTV zapewne tryskała radością, jak przedstawiałeś rachunki.

Stary, jeszcze zanim zaczęliśmy byliśmy przekonani, że wyrzuciliśmy pieniądze w błoto. Stwierdziliśmy, że to nawet nie jest folklor, tylko Cepelia.

Aż tak źle?

Jak szamani zaczęli schodzić na miejsce spotkania, to było tylko gorzej. Pierwszy przybył Munko. Od góry do dołu odziany w dres adidasa ze srebrnym łańcuchem na byczym karku. Zanim zaczęliśmy rytuały, wyjął smartfona najnowszej generacji i zaprosił mnie do grona znajomych na facebook’u.

Szaman w dresie adidasa cię zaskoczył, prawda?

Wtedy poznałem różnicę między neoszamanami, czyli tymi, którzy odtwarzają rytuały, coś jak grupa rekonstrukcyjna, a prawdziwymi szamanami, potomkami ludzi, którzy zajmowali się kontaktami z duchami od 10-12 tysięcy lat. Dla nich rozmowa z duchami była czymś tak normalnym jak dla nas oddychanie. Temu gościowi w dresie adidasa wystarczyło 40 sekund, no może minuta, żeby doprowadzić mnie do takiego stanu, że do dzisiaj nie wiem, co mi się stało. A ludzie z mojej ekipy byli przekonani, że oszalałem.

Może to była hipnoza?

Nie sądzę, bo w trakcie rytuału stał do mnie odwrócony plecami. Gdybym wtedy cokolwiek u nich pił albo jadł, byłbym przekonany, że podano mi narkotyki. Dla mnie to było potężne doznanie i wywołało zmianę w mojej osobowości. Nauczyło mnie pokory.

Ekipa podzielała twoje odczucia?

A gdzie tam. Oni widzieli tylko pajaca w dresie adidasa, a ja wiedziałem, że miałem do czynienia z prawdziwym szamanem.

Za nami sezon programu „Kossakowski. Być jak…”, w którym wkraczasz w prywatne życie znanych ludzi. Rzucę kilka nazwisk i odpowiedz, czy byłbyś zainteresowany „byciem jak…”.

Kogo tam masz?

Jarosław Kaczyński.

O Jezuuu!

Nie, na razie pytam o prezesa.

Haha! Być jak Jarosław Kaczyński to byłoby coś cudownego! Marzyłby mi się taki odcinek.

Ojciec Tadeusz Rydzyk

Nuda.

To teraz nieżyjący - Jan Kulczyk.

Być najbogatszym Polakiem? Jasne!

Andrzej Gołota.

Miałem odcinek z innym pięściarzem - Dariuszem Michalczewskim i załapaliśmy niesamowite flow. Nie sądzę, żeby Andrzej był w stanie to przebić.

Antoni Macierewicz.

To też mogłoby być świetne. Może kupiłbym jakieś śmigłowce albo powołał paru „Misiewiczów” (śmiech). A wiesz, że miał nawet powstać odcinek „Kossakowski. Inicjacje”, w którym miałem się wcielić w polityka?

Ale nie powstał.

Nawet mimo mojej reputacji człowieka, który nie szuka haków, było to niemożliwe, żeby politycy wpuścili mnie do swojego świata. Opór ze strony z ich strony był tak silny, że koniec końców odpuściliśmy.

Skoro już zacząłeś o „Inicjacjach”, to pogadajmy o inicjacjach Kossakowskiego. Podam wątek, a ty mówisz, w jakim wieku i okolicznościach miało miejsce dane zdarzenie.

Dawaj!

Pierwszy papieros.

Ósma klasa podstawówki. Na obozie harcerskim.

Pierwszy kieliszek lub urwany film.

Tu chyba należy połączyć te dwa wątki. Starzy kumpla wyszli na zabawę sylwestrową, a my dorwaliśmy się do ich barku z alkoholem. Piliśmy wino i skończyło się fatalnie. Utrata przytomności, rzyganie. Prawdziwy dramat. To było w połowie ósmej klasy podstawówki.

Czyli ośmioklasowe podstawówki deprawują. Pierwszy pocałunek. Tylko mi nie mów, że też w ósmej klasie…

(Śmiech) Wakacje między ósmą klasą podstawówki a pierwszą liceum. Pierwszy raz całowałem się z Niemką. Właśnie do mnie dotarło, że nigdy o tym nikomu nie powiedziałem…

No to dawaj więcej szczegółów! Jak miała na imię ta szczęściara?

Gabi. A dlaczego pytasz?

Myślałem, że odpowiesz Helga i umarłbym ze śmiechu. Gdzie i kiedy zarobiłeś pierwsze pieniądze?

Podczas tych samych wakacji w Niemczech.

Gabi ci zapłaciła za pocałunek?

(Eksplozja śmiechu) No co ty! Zasuwałem przez dwa tygodnie na nielegalu przy wyrębie lasu w okolicach Cottbus. Wszystko w ramach Ochotniczych Hufców Pracy, a nielegalnie dlatego, że byłem za młody na tą robotę. Babci kupiłem opiekacz, mamie ekspres do kawy. Każdemu przywiozłem coś czego w Polsce nie było w ogólnodostępnym handlu. Pamiętajmy, że to był 1987 rok.

Pierwszy seks. Gabi?

Nein, nein, nein! (śmiech). Miałem wtedy 17 albo nawet 18 lat. Późno jak na dzisiejsze standardy.

Pierwsza kradzież. Gwizdnąłeś coś kiedyś?

Oczywiście, chyba jak każdy. Moja pierwsza kradzież miała miejsce w szkole podstawowej. Ukradłem napój gazowany w sklepie spożywczym. Zostałem ujęty. (Śmiech)

Pierwszy joint.

Pierwszą marihuanę paliłem z lufki. To było w liceum, byłem zbuntowanym nastolatkiem z długimi włosami. Wtedy jeszcze zioło sprzedawało się w tzw. szufladach, czyli pudełku zapałek. Spaliliśmy od razu całą szufladę. Kumpel rzucił, że musimy sobie pobudzić krążenie, żeby poczuć moc trawki, więc wykonywaliśmy pompki przy trzepaku. Ale poza tym, że głupio wyglądaliśmy pompując nie stało się absolutnie nic.

Hemoroidy, tarczyca, powiększona trzustka, zmiany w sercu, nadżarte jelita, żołądek – stan średnio zły, niedokrwienie prawej nogi, ślub za minimum pół roku, klątwa na minimum trzy lata”. To lista wad i zdarzeń, jakie zdiagnozowali i wywróżyli ci znachorzy i uzdrowiciele. Coś się sprawdziło?

(Śmiech). Nic się nie sprawdziło z tego, co wymieniłeś. Ślubu nie było, trzustkę mam w porządku, na nogę też nie narzekam. Żołądek już też działa sprawnie. Co do klątw to nie mam pewności, bo diagnozowano mi je regularnie i równie regularnie je ze mnie ściągano, więc nie wiem, w jakim stanie jestem teraz.

A w jakim stanie byłeś pięć lat temu – tuż przed rozpoczęciem kariery w telewizji?

W najgorszym momencie życia, nigdy nie było tak źle. Byłem w fatalnym stanie zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Moje życie osobiste leżało w gruzach, byłem tuż po rozwodzie. Nie miałem gdzie mieszkać. Jedną nogą jeszcze byłem na wsi, gdzie spędziłem poprzednie 5-6 lat. A drugą nogą byłem w Łodzi i pomieszkiwałem u znajomych.

To wtedy zdiagnozowano u ciebie schorzenia żołądka?

Stan ducha przekładał się na ciało. Kocham sport, trenuję i od lat jestem zapalonym piechurem. Tymczasem pięć lat temu półkilometrowy spacer sprawiał mi trudność. Marna wydolność, ciągłe zmęczenie, a najgorsza była z tego wszystkiego permanentna zgaga. No i wsadzili mi przez usta do żołądka rurkę, która potwierdziła, że mam refluks.

Któryś uzdrowiciel pomógł, czy wyleczyłeś się konwencjonalnymi metodami?

W Rosji dotarło do mnie, że nie mam refluksu. Nawet gdyby to była zasługa któregoś z uzdrowicieli, to nie wiedziałbym, któremu podziękować. Odwiedziłem ich przez trzy lata około stu. Ale kluczem do zdrowia organizmu jest stan umysłu. Jestem człowiekiem spełnionym i szczęśliwym i myślę, że to miało również wpływ na to, że stan mojego zdrowia się gruntownie poprawił.

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE