Magdalena Szymczak rysuje od przedszkolaka. - Bazgrałam po kartce i do niczego to nie było podobne. Takie tam zwyczajne rysunki pięcio– sześciolatki – opowiada dziś 28-letnia mieszkanka Krotoszyna. I zaraz dodaje, że nie uważa się za artystkę. - Bardziej artystyczną duszę.
- Do artysty mi daleko, ale jak się robi coś, co się lubi, to właśnie chyba jest pasja. Tworzę, gdy mam ochotę i najdzie mnie wena. Nie mogłabym wykonywać tej czynności masowo, bo przestałoby mi to sprawiać frajdę – mówi pani Magdalena.
Mimo, że odkryła w sobie żyłkę do portretów, to nigdy nie traktowała rysunku jako sposobu na życie i zarabianie pieniędzy.
- Po Akademii Sztuk Pięknych byłabym zapewne bezrobotna, więc trzeba było wybrać jakiś bardziej przyziemny zawód. Poza tym na ASP nie ma tak lekko i nie mogłabym się poświęcać tylko szkicowaniu ołówkiem czy węglem, które najbardziej lubię. Dlatego wybrałam technikum hotelarskie. A rysunek towarzyszył mi przez całą szkołę średnią i towarzyszy mi do dziś, ale nie tak często jak kiedyś – opowiada 28-latka.
I mówi, że niekiedy rysuje, patrząc na jakieś zdjęcie, a innym razem próbuje odtwarzać w pamięci coś, co już widziała, jakiś kadr albo pejzaż. Nie ma reguły ani szablonu. - Czasami nie biorę ołówka do ręki przez długie miesiące, a potem nagle zaczynam coś szkicować i oddaję się temu bez reszty. Zdarzało się, że rysowałam cały dzień i pół nocy, i dopiero jak uznałam, że efekt jest zadowalający, odkładałam sprzęt i kładłam się do łóżka – mówi krotoszynianka.
Bo rysowanie pozwala jej oderwać się od otaczającej rzeczywistości i robić coś, co daje przyjemność. - Nic mnie tak nie cieszy, jak rysunek, z którego jestem zadowolona – dodaje.
Ściany w jej mieszkaniu zdobi kilkanaście portretów szkicowanych ołówkiem. Reszta jej prac leży w teczkach. - Gdybym chciała powiesić wszystkie moje rysunki na ścianach, musiałabym mieć większe mieszkanie – śmieje się rysowniczka-amatorka. Ale nie wszystkie swoje prace ocenia pozytywnie. Jest samokrytyczna i większość rysunków wylądowała w teczkach i segregatorach. - Część jeszcze przed ukończeniem trafiała do kosza na śmieci – przyznaje nasza rozmówczyni.
Na ścianach jej mieszkania najwięcej jest podobizn ulubionych muzyków – Michaela Jacksona i Freddiego Mercury'ego.
- To moi absolutni ulubieńcy muzyczni i do tego plastyczni wykonawcy, którzy niemal na każdym zachowanym zdjęciu są gotowym materiałem na obraz, rzeźbę czy rysunek. Dlatego z wielu zachowanych albumów ze zdjęciami, filmów albo teledysków zapisywałam w pamięci jeden kadr, a potem odtwarzałam go za pomocą ołówka. Czasami zaczynało się od kilku luźnych pociągnięć, a po chwili ktoś patrząc z boku stwierdził, że to jest całkiem niezłe, więc kontynuowałam rysowanie i wychodziły z tego fajne portrety i plakaty – relacjonuje swój proces twórczy pani Magdalena.
Jak dotąd miała tylko jedną wystawę swoich prac. To było prawie dziesięć lat temu. - Wychowawca w technikum zorganizował wernisaż moich prac. Ludziom się chyba podobało, bo oglądali to z podziwem. Ale ja wolę, gdy moje prace zdobią moje mieszkanko, a nie muzeum czy galerię – do tego poziomu nie dotarłam i nie dotrę – podsumowuje skromnie rysowniczka.