reklama

Lidia Czechak: "Cieszę się, że mieszkańcy powiatu krotoszyńskiego zwracają się do mnie ze swoimi sprawami"

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Lidia Czechak: "Cieszę się, że mieszkańcy powiatu krotoszyńskiego zwracają się do mnie ze swoimi sprawami" - Zdjęcie główne
Autor: Kuba Piotrowicz | Opis: Lidia Czechak od dwóch lat sprawuje swój mandat poselski. W rozmowie z Jakubem Piotrowiczem opowiada między innymi co zrobiła na rzecz powiatu krotoszyńskiego

reklama
Udostępnij na:
Facebook
WiadomościLidia Czechak od ponad dwóch lat zasiada w parlamencie. Parlamentarzystka Prawa i Sprawiedliwości w wywiadzie z Jakubem Piotrowiczem opowiada o tym, co zrobiła dla powiatu krotoszyńskiego, sytuacji w Koźminie Wlkp., rozłamie na prawicy oraz planach na polityczną przyszłość.
reklama

Łatwiej zaczynać w opozycji

Jakub Piotrowicz, Gazeta Krotoszyńska: Niedawno minęły dwa lata od objęcia przez panią mandatu. Szybko zleciało?
Lidia Czechak: Bardzo szybko. Nawet się nie spodziewałam, a już zaczyna być wyczuwalna atmosfera przygotowań do kolejnych wyborów. Początki były trudne, bo dołączyłam do Sejmu w trakcie kadencji, więc musiałam szybko nadrobić kwestie związane z pracą parlamentarną. Bardzo pomogło mi niemal dwadzieścia lat doświadczenia samorządowego. Tematy lokalne i ogólnokrajowe często są podobne, zmienia się przede wszystkim skala. Uważam, że dobrze się w tym wszystkim odnalazłam. Pracuję w trzech komisjach: Rodziny i Polityki Społecznej, Administracji i Spraw Wewnętrznych oraz Polityki Senioralnej. Do tego dochodzi praca w podkomisjach, zespołach parlamentarnych i grupach bilateralnych. Dzielę swój czas między Warszawę a nasz region, więc jest bardzo intensywnie. Kiedy już wszystko sobie poukładałam, doszłam też do wniosku, że tutaj, w Jarocinie, muszę pracować ponad podziałami, które naturalnie powstają w Sejmie. Wiele można osiągnąć dzięki rozmowie z ludźmi, z którymi politycznie nie zawsze jest nam po drodze. Te dwa lata były więc naprawdę bardzo intensywne.

reklama

Normalnie to połowa kadencji, ale w pani przypadku to już 2/3. Ten rok opóźnienia mocno odbił się na pani pracy? Czy w opozycji, kiedy nie jest się aż tak sprawczym, nie ma to wielkiego znaczenia?
Wydaje mi się, że dość szybko nadrobiłam ten czas. Różnicę odczuwałam właściwie tylko przez pierwsze dwa–trzy miesiące. Z natury jestem osobą komunikatywną i szybko zostałam zauważona w parlamencie. Mam dużo wystąpień, a dzięki wcześniejszemu doświadczeniu dość szybko objęłam również funkcję wiceprzewodniczącej podkomisji. Od początku prowadziłam też projekty ustaw w imieniu klubu i komisji przekazane mi od posła którego zastąpiłam, między innymi dotyczące świadczenia dla stulatków. Pomogła mi również wiedza prawnicza. Nawet jeżeli czegoś nie wiem, wiem, gdzie szukać odpowiednich przepisów i informacji. Po kilku miesiącach właściwie przestałam odczuwać, że weszłam do Sejmu później niż pozostali posłowie.

reklama

Lepiej wchodzić do parlamentu w trakcie kadencji, kiedy partia rządzi i jest się na świeczniku, czy kiedy jest w opozycji i można się spokojniej wdrożyć?
W takim przypadku jak mój chyba łatwiej było rozpocząć pracę w opozycji. Oczywiście chciałabym również doświadczyć pracy posła należącego do większości rządzącej, bo wtedy możliwości wpływania na różne sprawy są większe. Zależy mi przede wszystkim na wspieraniu samorządów i na tym, żeby mieszkańcy odczuwali korzyść z tego, że mają swojego parlamentarzystę. Z drugiej strony, będąc aktywnym posłem opozycji, można zostać zauważonym. Potrafię rozmawiać ponad podziałami i widzę, że przynosi to efekty. Szczególnie w sprawach społecznych powinniśmy umieć ze sobą rozmawiać niezależnie od tego, z jakiej partii się wywodzimy. Chciałabym jednak mieć możliwość pracy jako poseł większości rządzącej, przede wszystkim dlatego, że daje to większy wpływ na sprawy regionu. A to jest dla mnie niezwykle ważne.

reklama

Czyli jednak jest coś, za co lubi pani Donalda Tuska. Gdyby nie on, to PiS nadal by rządził, a wtedy wdrożyć byłoby się trudniej.
Jestem osobą, która zawsze szanuje wynik wyborów. Dlatego nie podobają mi się ataki na prezydenta, ale tak samo nie podobają mi się personalne ataki na inne osoby zajmujące najważniejsze stanowiska w państwie. Nie można obrażać się na demokrację. Dzisiaj prezydentem jest Karol Nawrocki, a premierem Donald Tusk i należy to respektować. Nie jestem osobą, która kogokolwiek hejtuje. Oczywiście jako opozycja krytykujemy działania rządu, ale taka jest nasza rola. Opozycja ma kontrolować władzę, patrzeć jej na ręce i przypominać o niespełnionych obietnicach. Ludzie mają prawo oczekiwać, że politycy będą rozliczani z tego, co obiecywali przed wyborami. Sama również przywiązuję do tego dużą wagę – jeżeli coś się obiecuje, należy zrobić wszystko, aby tę obietnicę zrealizować. Dlatego często kieruję do premiera i ministrów pytania o sprawy, które mimo wcześniejszych zapowiedzi nie zostały zrealizowane. Natomiast w przypadku premiera brakuje mi jego większej obecności w Sejmie. Poprzedni premier bardzo często był obecny nawet wśród zwykłych posłów. Dzisiaj tego nie widzę. Być może wynika to z innych obowiązków premiera. Nie można natomiast Donaldowi Tuskowi odmówić politycznej skuteczności. Prawo i Sprawiedliwość uzyskało w wyborach najwięcej głosów spośród komitetów, ale to Donald Tusk zbudował większość parlamentarną i został premierem.

reklama

Mówi pani o tym, że już się pani przyzwyczaiła do tej nowej roli, ale z tyłu głowy nadal jest pani samorządowcem?
Trochę tak. Cały czas bardzo uważnie obserwuję to, co dzieje się w samorządach. Wiele moich interwencji dotyczy właśnie ich problemów, szczególnie wtedy, kiedy nakłada się na nie kolejne zadania, a nie zapewnia odpowiednich środków na ich realizację. Praca samorządowca bardzo mi odpowiadała, bo samorząd jest bardziej sprawczy. Poseł nie wybuduje drogi i sam nie przyzna dotacji. Może natomiast interweniować, zabiegać, pytać i być takim mostem łączącym mieszkańców czy samorządy z administracją państwową. Jako starosta, kiedy przychodził do mnie mieszkaniec z problemem dotyczącym kompetencji powiatu, często mogliśmy zacząć działać od razu. Miałam do dyspozycji cały urząd i zespół pracowników. Jako poseł muszę zwracać się do różnych instytucji, czekać na odpowiedzi i dopiero na ich podstawie podejmować kolejne działania. To powoduje, że cały proces trwa dłużej. To właśnie jedna z rzeczy, których najbardziej brakuje mi z samorządu – możliwości działania tu i teraz.

Blisko 500 wystąpień

Kilka liczb. 497 wygłoszonych wystąpień na posiedzeniach, 97,47% uczestnictwa w głosowaniach, osiem komisji, siedem zespołów parlamentarnych, sześć grup bilateralnych. Całkiem tego sporo, jak na kogoś kompletnie nowego w Sejmie.
Warto wyjaśnić, że wystąpienia niewygłoszone również są formalnie wystąpieniami poselskimi. Czasami poseł jest zapisany do zabrania głosu, ale w tym samym czasie musi uczestniczyć w posiedzeniu komisji. Wtedy może złożyć swoje wystąpienie na piśmie i minister również odpowiada na nie pisemnie. Ludzie często mówią mi: „Pani Lidko, pani przemawia, a na sali prawie nikogo nie ma”. Tyle że praca Sejmu nie odbywa się wyłącznie na sali plenarnej. W tym samym czasie trwają posiedzenia komisji, podkomisji, zespołów i inne spotkania związane z pracą parlamentarną. Moich wystąpień jest dużo również dlatego, że tematy, którymi się zajmuję, pojawiają się praktycznie na każdym posiedzeniu. Najbardziej cieszę się jednak z interpelacji. Zdarzało się, że minister w odpowiedzi przyznawał, że podnoszony przeze mnie problem rzeczywiście wymaga zmian. To daje mi dużą satysfakcję, bo pokazuje, że interpelacja może być merytorycznym narzędziem wpływania na rzeczywistość, a nie wyłącznie sposobem krytykowania rządu. Staram się być aktywna również dlatego, że mieszkańcy mają prawo sprawdzić, jak pracuje ich poseł. W kategorii liczby interpelacji jestem obecnie na piątym miejscu w całym Sejmie.

Nie będę teraz prosił pani o podanie konkretnych liczb, ale ile z tych niemal 500 wystąpień było na tyle istotnych, że wnosiło coś dla obywateli, a ile było różnego rodzaju przemówień, komunikatów związanych z gratulacjami?
To są dwie różne rzeczy. Wystąpienia podczas posiedzeń Sejmu dotyczą bezpośrednio procedowanych ustaw. Są to między innymi pytania kierowane do ministrów, na przykład o to, skąd samorządy mają wziąć pieniądze na realizację nowych obowiązków. Czym innym są oświadczenia poselskie, których mam około 99. To jedna z niewielu form, w których poseł może samodzielnie wybrać temat. Wykorzystuję je również do poruszania spraw naszego regionu – ważnych rocznic, sukcesów lokalnych organizacji czy straży pożarnych, promocji wydarzeń takich jak festiwal w Jarocinie, ale również problemów społecznych, na przykład uzależnienia dzieci i młodzieży od telefonów.

"Cieszę się, że mieszkańcy powiatu krotoszyńskiego coraz częściej wiedzą o mojej działalności i zwracają się do biura ze swoimi sprawami."

Co zrobiła pani dla mieszkańców Krotoszyna i tamtych okolic?
Współpracuję z lokalnymi władzami, choć oczywiście pojawiają się również trudne tematy. Pani burmistrz jest osobą, z którą można rozmawiać ponad podziałami. Jednym z takich trudnych tematów była sprawa trzech małych wiejskich szkół. Z jednej strony rozumiem argumenty samorządu dotyczące kosztów funkcjonowania oświaty. Z drugiej strony zwrócili się do mnie mieszkańcy, którzy obawiali się, że zamknięcie szkoły będzie oznaczało stopniowe zamieranie ich miejscowości, ponieważ szkoła jest tam również centrum lokalnej aktywności. Dlatego spotykałam się z mieszkańcami, rozmawiałam i interweniowałam. Angażowałam się również w sprawę oddziału onkologicznego w krotoszyńskim szpitalu oraz zabiegałam o większą liczbę miejsc w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym. Zajmowałam się sprawami przedsiębiorców dotyczącymi opłat za odpady, wspierałam też Kurkowe Bractwo Strzeleckie. Oczywiście moja aktywność jest tam mniejsza niż w Jarocinie, gdzie mieszkańcy znają mnie od wielu lat i potrafią zatrzymać mnie nawet na ulicy, żeby zgłosić problem. Cieszę się jednak, że również mieszkańcy innych powiatów coraz częściej wiedzą o mojej działalności i zwracają się do biura ze swoimi sprawami.

Będąc przy powiecie krotoszyńskim, czy porażka kandydata popieranego przez PiS na burmistrza Koźmina Wielkopolskiego została już przeanalizowana?
Sytuacja w Koźminie była dość złożona. Zakładaliśmy, że kandydatów będzie kilku. Grzegorz Król wystartował z własnego komitetu jako kandydat kojarzony z szerszą prawicą. W trakcie kampanii wyraźnie było jednak widać, że dla części mieszkańców istotne było silne, bezpośrednie związanie kandydata z Koźminem. Piotr Osuch był pod tym względem bardzo mocno osadzony lokalnie. Nie traktowałam tego jako klasycznej porażki partyjnej, ponieważ na karcie wyborczej nie było szyldu Prawa i Sprawiedliwości. Była to przede wszystkim lokalna rywalizacja kandydatów. Piotra znam od około dwudziestu lat i bardzo dobrze mi się z nim współpracuje. Byłam jednym z pierwszych parlamentarzystów, którzy pojechali pogratulować mu zwycięstwa. Od tego czasu utrzymujemy kontakt i współpracujemy w sprawach ważnych dla mieszkańców.

Niedawno pani asystent pan Paweł Kasprzak pisał w mediach społecznościowych o tym, że podczas dyżuru w pani biurze w Krotoszynie miał zgłoszonych kilka spraw, którym nadał już bieg. Czy to są te sprawy, o których pani już mówiła i na jakim etapie są?
Otrzymaliśmy między innymi prośbę o pomoc w uzyskaniu informacji z IPN dotyczących pewnego sztandaru i odpowiednie pismo zostało już wysłane. Zgłosiły się też panie tworzące nowe Koło Gospodyń Wiejskich, które potrzebowały informacji dotyczących możliwości pozyskania dotacji. Mieliśmy również interwencje związane ze szpitalem w Ostrowie. Cieszę się, że mieszkańcy przyzwyczaili się już do obecności naszego biura i coraz chętniej z niego korzystają, mimo że samo wejście od podwórza nie jest szczególnie widoczne.

Rozłam w PiS, Rozwój Plus i przyszłość parlamentarna Lidii Czechak

Czy Przemysław Czarnek to dobry kandydat na premiera?
Przemysława Czarnka bardzo cenię jako kolegę z ław poselskich. Kiedy poznałam go osobiście, zobaczyłam go trochę inaczej niż wcześniej przez pryzmat jego funkcji ministra edukacji czy wystąpień medialnych. Jest osobą bardzo pracowitą i aktywną, a we współpracy parlamentarnej również bardzo uprzejmą. Ma doświadczenie ministerialne i parlamentarne. Ostateczna decyzja dotycząca kandydata na premiera należy jednak do władz partii i będzie również elementem strategii przed kolejnymi wyborami. Osobiście sądziłam, że nazwisko kandydata powinno być przedstawiane bliżej kampanii wyborczej. Im wcześniej kandydat zostaje wskazany, tym dłużej staje się naturalnym celem politycznych ataków. Dla mnie ważniejsze od personaliów jest to, z jakim programem pójdziemy do wyborów i co konkretnie będziemy chcieli zrobić dla Polski.

Co pani sądzi o powstaniu Rozwoju Plus?
Zależy mi na tym, żeby po prawej stronie sceny politycznej była zdolność do współpracy. Cenię Mateusza Morawieckiego, z którym miałam okazję współpracować. Doceniam jego pracowitość oraz to, że dużą wagę przywiązuje do gospodarki, inwestycji i źródeł ich finansowania. Nie jestem jednak w Rozwoju Plus. Początkowo sądziłam, że będzie to inicjatywa funkcjonująca wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości – pewnego rodzaju środowisko programowe. Uważałam, że w ramach jednej partii mogą istnieć różne nurty: bardziej konserwatywny i bardziej centrowy, które razem pozwalają docierać do szerszej grupy wyborców. Dlatego informacja o powstaniu odrębnego środowiska politycznego mnie zmartwiła. Z punktu widzenia ordynacji wyborczej rozproszenie głosów może mieć znaczenie dla podziału mandatów. Mam więc nadzieję, że przed wyborami będzie możliwa rozmowa o formule współpracy.

Miała pani propozycję, żeby dołączyć do stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego?
Tak. Rozważałam tę propozycję, ale tylko do momentu, kiedy pojawiły się informacje, że Rozwój Plus może pójść własną drogą polityczną. Wtedy rozmowy z mojej strony się zakończyły. Zawsze przywiązywałam dużą wagę do lojalności. Mandat uzyskałam, startując z listy Prawa i Sprawiedliwości, i uważam, że zobowiązuje mnie to do reprezentowania tego środowiska.

Podpisała pani tak zwaną lojalkę? Jak ona wyglądała?
Nie nazwałabym tego „lojalką”, bo to słowo ma dla mnie bardzo negatywne skojarzenia. Dokument zawierał deklarację, że jako członek Prawa i Sprawiedliwości nie będę należała do organizacji prowadzących konkurencyjną działalność polityczną. Dla mnie było to dość oczywiste. Jeżeli ktoś należy do jednej partii politycznej, trudno jednocześnie angażować się w budowę konkurencyjnego środowiska politycznego. Dlatego nie miałam problemu z podpisaniem takiej deklaracji. Po zmianach w klubie trzeba też na nowo podzielić obowiązki – obecność w mediach, wystąpienia sejmowe, odpowiedzialność za projekty ustaw czy pracę w regionach. Odeszła grupa aktywnych posłów, więc naturalne jest, że pozostałe osoby będą musiały przejąć część tych zadań.

Czy ten rozdział może być dla pani szansą na częstszą obecność w ogólnopolskich mediach?
Może być szansą na pokazanie, że w Prawie i Sprawiedliwości jest duża grupa aktywnych osób, które chcą poszerzać grono wyborców naszego środowiska. Szczególnie ważne jest dla mnie dotarcie do młodych ludzi. Trzeba zastanowić się, czego oczekują, co jest dla nich ważne i dlaczego część z nich poparła Karola Nawrockiego, a jednocześnie nie zawsze utożsamia się z Prawem i Sprawiedliwością. To jest dla nas ważne zadanie na najbliższy czas.

A myśli pani czasem jeszcze nad tym, żeby mimo wszystko zmienić barwy jesienią?
Na ten moment zdecydowanie nie. W polityce oczywiście nigdy nie powinno się przesądzać wszystkiego na wiele lat do przodu, bo sytuacja może się zmieniać, chociażby w kontekście wspólnej listy wyborczej. Dzisiaj jednak w ogóle nie rozważam zmiany barw. Jestem członkiem klubu Prawa i Sprawiedliwości, reprezentuję ten klub i dla niego pracuję.

Jak pani zdaniem potoczą się losy PiS-u po wyborach?
Uważam, że Prawo i Sprawiedliwość powinno zwiększać swoją zdolność do współpracy z innymi środowiskami. Doświadczenia ostatnich wyborów parlamentarnych pokazały, że samo uzyskanie największej liczby głosów przez jeden komitet nie oznacza jeszcze możliwości utworzenia rządu. Do tego potrzebna jest większość parlamentarna. Dlatego rozmowy z potencjalnymi partnerami powinny odbywać się wcześniej, a nie dopiero dzień po wyborach. Dotyczy to również ewentualnej współpracy w wyborach do Senatu. Najważniejsze jest wypracowanie wspólnych punktów programowych i określenie, za jakie obszary poszczególne środowiska mogłyby odpowiadać. Ostateczny kształt przyszłej większości będzie oczywiście zależał od decyzji wyborców i wyników wyborów.

Razem z Grzegorzem Braunem?
Trudno dziś odpowiadać na pytanie o konkretną przyszłą koalicję. Nie jestem zwolenniczką stylu politycznego Grzegorza Brauna – jego emocjonalna i teatralna forma prowadzenia polityki nie jest mi bliska. Ewentualne decyzje dotyczące współpracy będą jednak zależały od wyników wyborów, składu przyszłego parlamentu oraz przede wszystkim od tego, czy będzie możliwe wypracowanie konkretnych wspólnych rozwiązań programowych.

Gdzie pani widzi się w tym wszystkim? Będzie pani kandydować do Sejmu i na które miejsce pani może liczyć na liście wyborczej PiS-u?
Na pewno zamierzam ubiegać się o ponowny mandat. Jeśli chodzi o miejsce na liście, decyzję będzie podejmował komitet polityczny, który ocenia działalność parlamentarzystów. Mam świadomość, że jestem posłem pierwszej kadencji, a w naszym okręgu są również parlamentarzyści z dużo dłuższym stażem. Nie wiem też, jakie kryteria ostatecznie zostaną przyjęte – czy najważniejsza będzie aktywność w tej kadencji, czy całokształt pracy parlamentarnej. Ostateczny układ list zapewne poznamy dopiero stosunkowo blisko wyborów. Dzisiaj skupiam się więc na pracy. Chciałabym ponownie zdobyć mandat i mieć możliwość pokazania swojej skuteczności również w sytuacji, gdyby Prawo i Sprawiedliwość współtworzyło przyszłą większość parlamentarną. Uważam też, że dla naszego regionu ważne jest posiadanie własnego parlamentarzysty – niezależnie od tego, czy będę nim ja, czy ktoś inny. Jeśli chodzi o moje miejsce na liście, o tym zdecydują władze partii.

Nie boi się pani, że pozostając w PiS-ie, może pani nie wejść do Sejmu?
W każdych wyborach kandydat podejmuje ryzyko. System podziału mandatów powoduje, że znaczenie ma nie tylko indywidualny wynik kandydata, ale również wynik całej listy w okręgu. Oczywiście można dokonywać różnych kalkulacji dotyczących tego, z której listy łatwiej byłoby kandydować, ale trzeba również pamiętać o progu wyborczym i o tym, że przekroczenie progu w skali kraju nie gwarantuje mandatu w każdym okręgu. Dlatego zamiast dziś prowadzić takie kalkulacje, wolę koncentrować się na pracy i budowaniu zaufania mieszkańców. Ostatecznie to wyborcy zdecydują, komu powierzą mandat.

Niezależnie od miejsca i listy wyborczej, myśli pani, że w następnych wyborach łatwiej będzie zebrać pani głosy jako urzędującej parlamentarzystce?
Na pewno dzisiaj jestem rozpoznawalna w większej części okręgu niż wtedy, kiedy startowałam jako starosta. Wówczas moja rozpoznawalność była naturalnie największa w powiecie jarocińskim. Praca poselska oznacza natomiast obecność w całym okręgu – jestem w Krotoszynie, Kępnie, Gostyniu i innych miejscowościach. Dzięki temu poznaję mieszkańców, ich problemy i lokalne środowiska. Znaczenie ma również obecność w mediach, ponieważ mieszkańcy widzą wtedy, że ich parlamentarzysta jest aktywny i zabiera głos w sprawach publicznych. Ostateczna ocena tej aktywności należy jednak do wyborców.

Jakie ma pani plany dotyczące swojej aktywności poselskiej na ostatni rok? Długa kampania czy jeszcze jakaś praca w Sejmie?
Z kampanią chciałabym ruszyć dopiero po wakacjach przyszłego roku. Do tego czasu chcę przede wszystkim pracować w Sejmie i w regionie. Aktywność parlamentarna jest dla mnie bardzo ważna również dlatego, że na jej podstawie oceniają mnie mieszkańcy, ale także moje środowisko polityczne, które będzie później podejmowało decyzje dotyczące list wyborczych. Dlatego najbliższe miesiące chcę wykorzystać przede wszystkim na pracę, a nie na prowadzenie przedwczesnej kampanii.

Gdzie będzie Lidia Czechak w październiku–listopadzie 2027 roku? To będzie fotel poselski, a może coś więcej, jakaś funkcja ministerialna?
Skromnie odpowiem: chciałabym, żeby był to ponownie fotel poselski. Oczywiście każdy parlamentarzysta chciałby mieć możliwość większego wpływu na rzeczywistość, szczególnie jeśli można wykorzystać daną funkcję również dla dobra mieszkańców swojego regionu. Dzisiaj jednak nie wybiegam tak daleko. Moim celem jest ponowne zdobycie zaufania mieszkańców, uzyskanie mandatu i dalsze reprezentowanie naszego regionu.

To poza mandatem, czego jeszcze pani sobie życzy na sam koniec?
Przede wszystkim zdrowia i trochę szczęścia, bo jedno i drugie jest w życiu bardzo potrzebne. Nie mam wielkich wymagań. Mam dobre życie rodzinne, przyjaciół, znajomych, pracę, która daje mi dużo satysfakcji, i naprawdę mam co robić. Dlatego przede wszystkim zdrowia, szczęścia i żeby nadal mieć energię do działania.

reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
logo