21 sie / Joanny, Kazimiery, Piusa

Artur Marek, Błażej Zimmermann oraz Marcin Obal ze Zdun - kumple z maratonu

Autor: A.F 03 sty 07:13 69 odsłon
Mają słabość do biegania. Jednak każdy inny powód, by pokonywać kolejne kilometry. Artur, Błażej i Marcin ze Zdun opowiedzieli nam - jak zrodziła się ich pasja.

Artur Marek, Błażej Zimmermann oraz Marcin Obal, to trójka facetów ze Zdun, dla których bieganie stało się nie tylko pasją, ale sposobem na prowadzenie zdrowego trybu życia. Wszyscy należą do krotoszyńskiego klubu „Krotosz”. – Dzięki temu dużo łatwiej jest zorganizować choćby wyjazd, a przecież biegamy po całej Europie – przyznaje Błażej Zimmermann.

Każdy miał inny powód

Weteranem w tym gronie, w pokonywaniu kilometrów na własnych nogach, jest Artur Marek. - Biegam od podstawówki. Później poszedłem do szkoły rolniczej, nie z powodu zainteresowania rolnictwem, ale właśnie by móc się realizować w biegach – przyznaje mieszkaniec Zdun i dodaje, że bakcyla do biegów zaszczepił w nim ojciec. - Kiedyś organizował „Bieg o milion” w Zdunach, w którym biegałem razem z nim.

Również jako nastolatek, swoją przygodę z bieganiem zaczynał Błażej. - Z tą różnicą, że jak ukończyłem szkolę i poszedłem do pracy, to już nic nie robiłem. Jak się po 16 latach ocknąłem na kanapie z wagą ponad 100 kg, to zdecydowałem, że wrócę do biegania – śmieje się zdunowianin.

Ostatni z „trójki muszkieterów” nie ukrywa, że wcześniej wręcz nie znosił biegania. - Nawet zdrowie mi na to nie pozwalało, bo miałem kłopoty z kolanami. Z czasem dałem się w to wciągnąć i tak trwam do teraz, bo mnie bieganie uspokaja – przyznaje Marcin Obal.

Tysiące kilometrów w nogach

Poważne bieganie zaczęło się dla nich kilka lat temu. - Stwierdziłem pewnej wiosny, że na „czterdziestkę” zrobię sobie maraton i od tego się zaczęło – wspomina Artur Marek. Każdorazowo przygotowania do sezonu, który przypada na wiosnę i jesień, są żmudne. - To nad czym ubolewamy, to brak odpowiedniej infrastruktury sportowej, by pobiegać. Staramy się więc trenować tam, gdzie się da. Idealnym miejscem są ścieżki pieszo-rowerowe m.in. w Chachalni i ze Zdun do Krotoszyna – wskazuje Marcin Obal i przyznaje, że sezon dla biegacza jest wyczerpujący, i potrafi odcisnąć piętno, bo pod koniec zaczyna się już narzekanie na „zmęczenie materiału”. - To już jest ten czas, że coś pobolewa. Zaczynają się kontuzję. To jest moment przetrenowania. Nie ma się czemu dziwić, bo średnio w sezonie, każdy ze zdunowskich biegaczy, pokonuje około 3.000 km. A które z kontuzji przytrafiają się najczęściej? - Te związane ze stawami, czyli kolana i biodra. Nie startujemy już typowo rekreacyjnie, ale podczas biegu, dajemy z siebie wszystko, co musi się odbijać na zdrowiu – przyznaje Artur Marek. Biegacze nie ukrywają, że kontuzje są nieodzownym elementem tej dyscypliny sportu i trudno je wyeliminować, za to są sposoby, aby je ograniczyć. - Trzeba zadbać o odpowiednie obuwie, a więc takie z dobrą amortyzacją, do odpowiedniej wagi. Najczęściej biega się po twardej powierzchni i bez takich butów, można sobie szybko krzywdę zrobić – przestrzega Błażej Zimmermann.

Zmaganie się z samym sobą

Bieganie, poza relaksem na świeżym powietrzu i rywalizacją, to także test samego siebie. Każdy wykręcany wynik, mobilizuje do jego pobicia. Zdunowianie przyznają, że na początku bicie tzw. życiówek, zdarza się dość często. Z biegiem lat to się jednak zmienia. - Wyniki stają się tak wyśrubowane, że ciężko jest poprawić je nawet o sekundę. Czasami ostatnie metry pokonuje się na takim odcięciu, że ta sekunda wydaje się wiecznością – przyznaje Marcin a Artur dodaje. - Wiadomo, że przyjdzie taki moment krańcowy, że wynik stanie się nie do pobicia. Jednak Błażej Zimmermann udowadnia, że wszystko jest możliwe. - W tym roku zrobiłem trzy „życiówki”. Udało mi się ostatecznie poprawić wynik w półmaratonie o 56 sekund – wylicza. A jakie są ich największe sukcesy? - Wszystkim nam udało się zrobić życiówki w tym sezonie, na różnych dystansach i stanąć na podium w danej kategorii wiekowej. By stanąć na pudle w całym maratonie, to nie lada wyczyn, bo przyjeżdżają już poważni zawodnicy, z odpowiednimi wynikami. Uplasowanie się w pierwszych 20% stawki, uważam za przyzwoity wynik, a taki osiągamy – zapewnia Marcin Obal.

Najpiękniejszy bieg

Poza walorami czysto sportowymi i rywalizacją, bieganie w różnych zakątkach świata niesie za sobą także profity kulturowe. - Nie da się ukryć, że podczas startów wiele można zwiedzić. Same trasy nierzadko biegną po bardzo ciekawych terenach. Ostatnio przypadły mi do gustu biegi terenowe, bo krajobrazy są niesamowite – przyznaje Marcin Obal. Nie inaczej jest poza granicami Polski. - Najpiękniejszy bieg na jakim byłem, to tegoroczny start w hiszpańskiej Valencii. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Biegło 22 tys. osób. Na trasie było 200 tys. kibiców. Ludzie poprzebierani. Grała orkiestra. Babcinki w szlafrokach tańczyły makarenę. Człowiek miał gęsią skórkę – wspomina Artur Marek.

Tylko nie kontuzje

Jak zdunowscy biegacze będą spędzać tegoroczne święta? – W rodzinnym gronie – mówią zgodnie. Zaś wymagań, co do prezentów choinkowych nie mają. - Wystarczy, że omijać nas będą kontuzje, żaden upominek tego nie zastąpi – przyznaje Marcin. A co z postanowieniami noworocznymi? - W przypadku biegaczy sprawa jest prosta, wypracować optymalne przygotowanie do sezonu, aby choć coś uszczknąć ze swoich dotychczasowych wyników – mówi Artur.

Ostatnie komentarze